sobota, 24 kwietnia 2010
Wkrótce poród. Za dni kilka poznam drugiego synka.

Kolejny poród.

Lada dzień urodzi mi się kolejny synek. Moje drugie dziecko, mój drugi syn i czwarte dziecko w moim domu. Wszyscy siedzimy jak na szpilkach. Od dłuższego już czasu nie miałem alkoholu w ustach, bo jak moja partnerka wyskoczy mi z tekstem, że to już to lepiej, żebym nie był na rauszu, bo nikt inny nie zawiezie jej do szpitala.

Z resztą pamiętam jak to było niecałe 3 lata wcześniej, gdy rodził mi się pierwszy syn. Pojechaliśmy do Warszawy na zakupy i w sklepie, żona moja stwierdziła, że czuje jakieś bóle. Toteż udaliśmy się do szpitala, gdzie zbadał ją lekarz, po czym spokojnie stwierdził, że do porodu to jeszcze z 2 tygodnie. Zatem wróciliśmy do domu, ja chwyciłem browarka i szybciutko go obaliłem. Potem mała drzemka, a potem mała pobudka. Żona spokojnie mi oznajmiła, że już się zaczęło. Poszły jej wody i żebym się zbierał.

Dowiozłem małżonkę do szpitala oddalonego o ok. 10 km i po paru godzinach byłem już szczęśliwym ojcem. A browarek? Może i wywietrzał, ale na szczęście nie musiałem się o tym przekonywać dmuchając w balonik.

sobota, 27 marca 2010
Dom na wariackich papierach

Domowe wariatkowo.

 

Już pisałem, że krzyki i wrzaski to muzyka codzienna w moim domu. No cóż, jak się ma troje dzieci i czwarte w drodze, to rzeczywiście czasem szału można dostać. Każde dziecko ma inni charakter i inne potrzeby, ale jak na złość wszystkie chcą je zaspokajać naraz.

No dobra. Ale czy można jakoś temu zaradzić? Teoretycznie tak. Można wrzasnąć na szczeniaki i wtedy jest spokój. Czasem to nawet i minutę posiedzą grzecznie. Można też spróbować z nimi porozmawiać. No tak może i 14-latka coś tam zakuma, pod warunkiem, że zrobi to i 12-latka, a ta i owszem też zrozumie, ale na pewno pierwsza się nie zamknie, bo musi to zrobić starsza. A tłumaczenie 3-latkowi? On kiwa główką, ze tatę doskonale rozumie i że się z nim zgadza. Więc jak tylko kończę z nim rozmowę, to chłopak się odwraca i z krzykiem leci do siostry. No tak.

Ostatnio żyje rytmem szkoły. Cieszę się jak są zajęcia i ze zgrozą patrzę na zbliżające się wakacje, weekendy i inne wolne dni.

Na szczęście dzieci dorastają i coraz częściej chcą się bawić same, czy to na podwórku, czy u sąsiadki, czy gdziekolwiek indziej. Więc jak tylko wszyscy wyjdą, siadam szczęśliwy na swoim fotelu i zaczynam się delektować ciszą. Spojrzę tylko przez okno, co robią maluchy, albo zadzwonię do sąsiadki, czy już dotarły szczęśliwie. Może jeszcze się dowiem, czy czegoś nie potrzebują. Może się za cienko ubrały. Może jakiś pies lata i się boją. Może…

Dobra, dobra. Siadam się delektować spokojem.

Siadam…

…ale ta cisza jest denerwująca!

niedziela, 21 marca 2010
Wspólne zabawy różnolatków

Wspólne zabawy.

 

Zasadniczo problemu nie ma, gdy, wszyscy uczestnicy zabawy są w podobnym wieku. jest tylko hałas i własnych myśli nie można usłyszeć. A co gdy dzieci znacznie różnią się wiekiem. Tak jest u mnie. Dwie dziewczynki w wieku 14 i 12 lat, a potem chłopiec niespełna 3-letni, a wkrótce jeszcze jeden chłopczyk.

Niestety i tu często jest bardzo głośno, a problem leży w niezrozumieniu tej skąd inąd dużej różnicy. Zwłaszcza nie rozumie tego 12-latka. Gdy sama bawi się zabawkami, to czasem nie daje ich dotknąć młodszemu bratu, bo ten je może popsuć, a gdy on bawi się jakąś zabawką to próbuje mu ją zabrać, bo przecież ona mu jej nie popsuje. Pewnie trochę racji w tym myśleniu i jest, ale siostra nie rozumie, że jej brat się teraz uczy zachowań poprzez naśladownictwo starszych. I gdy widzi jak starsza siostra nie chce mu czegoś dać to tak samo reaguje, gdy ona coś mu próbuje zabrać.

Krzyki, wrzaski i płacze, to muzyka, która często gości w progach mych mógłbym teraz rzec.

No tak. Zatem ciągle i bez skutecznie tłumaczę starszej, żeby zmieniła swój sposób myślenia, a młodszemu staram się jakoś przekazać, że nie wszystko może mieć. I choć różne są efekty tego tłumaczenia to jednak jakieś tam postępy są widoczne. Niewielkie, ale są.

niedziela, 14 marca 2010
Idziemy spać po dobranocce.

O której dziecko chodzi spać.

 

Właśnie, o której nasze pociechy powinny trafiać do łóżek. No najlepiej po dobranocce. I to bez względu na wiek, a tym bardziej, jak nie ma jeszcze 18 lat. Baaaaa, są tacy, co by widzieli swoje [en]dziestoletnie, niezamężne dzieci w łóżkach po 19:30. A tu taki dwunasto, trzynastolatek przychodzi do domu grubo po północy i do tego ma jeszcze pretensje do nas, że mamy czelność mu to wypominać. Jeszcze takiego chłopaka, to przeżyjemy, ale córkę…

Niestety, rzeczywistość jest okrutna. Może sam trochę przesadzam, bo u mnie nie wygląda to, aż tak źle, ale zawdzięczam to głównie wydarzeniom z przed kilku lat, gdy moje obecne podopieczne dwie nastolatki, dziś dwunasto i czternastolatka były celem ataków innej dorosłej osoby. Strach gdzieś tam w głębi pozostał i dlatego raczej nie ma problemu późnego przychodzenia do domu, ale za to jest problem późnego kładzenia się spać. A ten problem nie dotyczy tylko tych dwóch dziewczynek, ale i mojego trzyletniego synka.

Oczywiście podłoże problemu w przypadku starszych panienek leży rzeczywiście w przeszłości. Najpierw było to oczekiwanie na powrót ojca, potem oczekiwanie aż sobie już pójdzie i ochłonie się. W środku tygodnia obie dziewczynki nieraz musiały czekać na 22, na powrót mamy z pracy, tylko po to, żeby z nią chwilkę posiedzieć i żeby ktoś pomógł w odrobieniu lekcji. Starsza lubiła zawsze się uczyć, a wiec korzystała z tego, że dopiero po 23 robił się względny spokój. Po moim pojawieniu się, również późna pora okazała się dobra do nadrabiania zaległości w nauce. To zjawisko późnego kładzenia się spać było tak częste, że utrwaliło się.

Teraz jest to problem. Ponieważ nie ma już potrzeby nadrabiania zaległości, razem z partnerką pracujemy w różnych porach dnia i rzadko się to nakłada, a jednak nadal dziewczynki nie chcą się kłaść wcześniej spać. No trudno, trzeba się z tym pogodzić i czekać na negatywne konsekwencje tego procesu. Niemożna na siłę ich przymuszać do wcześniejszego spania, bo szybciej stracimy z nimi kontakt uczuciowy niż uzyskamy zadawalający efekt.

Gorzej wygląda sprawa mojego synka. Fakt, że musiałem często przesiadywać do późnej nocy, z jego starszymi siostrami, żeby pomagać im w nauce spowodował, że sam nie chciał iść spać, tylko czekał na tatę i mamę. W domu niestety nie ma warunków, by pójść z nim do innego pokoju i tam po prostu z nim się położyć na chwilkę. Dlatego przez pewien czas nie dostrzegałem tego problemu. Jednak w ostatnim czasie zacząłem pracować nad metodą jego zniwelowania.

Dzięki temu, że już nie ma potrzeby poświęcania dużej ilości czasu na naukę ze starszymi pasierbicami, toteż więcej czasu poświęcam memu synkowi. Głównie na zabawę. Zauważyłem, że jeżeli będę się z nim dość długo bawił to w końcu się zmęczy i wtedy kładzie się dużo wcześniej spać. Niestety młodość już nie ta i na dłuższą metę to nie skutkuje. Pomocne były też jakieś tam wyjazdy, czy spacery na świeżym powietrzu, jednak i tu rzeczywistość nas ograniczała, bo nie zawsze był czas. W ostatnim czasie to nawet potrafię wieczorem złapać szkraba i jak niemowlaka ululać na własnym ramieniu. Widać jeszcze gdzieś tam podświadomie pamięta, jak to robiłem, gdy był młodszy i dlatego nawet nie protestuje, ale po prostu „odlatuje” w mych ramionach.

Zastosowanie wymienionych metod łącznie przez kilkanaście ostatnich tygodni poskutkowało. Przynajmniej częściowo. Dziś już nie potrzeby nic robić, a pomiędzy 20 a 22 sam się przytuli do kogoś i zaśnie. Jest to duża odmiana, bo przedtem zasypiał dopiero przed 2 w nocy.

Jeśli jeszcze trochę popracuje, to może i jeszcze wcześniej będzie chodził spać, a może i ja pójdę w końcu spać…

…po dobranocce.

niedziela, 28 lutego 2010
Kłótnie, kłótnie, kłótnie

Gdy starsze chce na lewo a młodsze na prawo.

 

Co robić, gdy dzieci się kłócą? Oczywiście interweniować. Tyle, że z głową.

Raczej nie powinniśmy trzymać jednej strony, ale gdyby się tak miało zdarzyć, że poprzemy tylko jednego uczestnika sprzeczki, to musimy to czymś później zrównoważyć tak, aby żadne dziecko nie poczuło się gorsze. W moim przypadku najczęstszym powodem kłótni jest fakt, że jedno z dzieci chce coś robić, a inne chcę czegoś innego i oba zadania ze sobą konfliktują. Niestety sam nie wchodzę w ten konflikt, bo przerzucam ten obowiązek na ich mamę, no chyba, że w kłótnie wtrąci się mój syn. Jednak wtedy szybko ich rozdzielam. Pilnuję żeby nie obwiniać tylko jednej strony. Ewentualna kara musi być adekwatna do winy. Nie można karać nauką, bo wtedy dzieci zaczną to postrzegać, jako zło. Najlepsza kara to danie jakiegoś zajęcia, lecz nie za karę, ale aby zająć czymś. Lista takich zajęć jest długa. Sprzątanie pokoju, przedpokoju, pomoc w kuchni, wyniesienie śmieci, wytarcie kurzu, poukładanie książek, zmywanie, składanie ubrań, wyczyszczenie zabawek. Starszym dzieciom można zlecić pomoc w pracach wokół domu, w przyniesieniu zakupów. Naprawdę jest, z czego wybierać. A jeśli jest potrzeba ukarania, to można zabronić korzystania z komputera chyba, że do celów nauki, zakazać oglądania telewizji, zabronić pójścia do koleżanki, kolegi, tu również jest spory wybór. Zawsze jest coś, co dziecko lubi robić, a nie jest to obowiązkiem.

Jednak należy zachować konsekwencję takich działań. Stosowanie zasad w życiu jest bardzo pomocne, tylko z niczym nie należy przesadzać. Pamiętajmy także, że popełnianie błędów jest rzeczą ludzką, a zatem nic złego się nie stanie jeśli coś zrobimy źle, wystarczy tylko czasem się do tego przyznać i szukać lepszego rozwiązania.

niedziela, 21 lutego 2010
Witam czytelników
Ponieważ mam dzieci w różnym wieku, postanowiłem dokonac malego podziału i utworzyć dwa blogi, gdzie kazdy bedzie mógł wybrać ten który go najbardziej interesuje.
niedziela, 14 lutego 2010
Nastolatki

Nastolatki

 

Po pierwsze przepraszam czytelników za długą swoją nieobecność. Widać jestem nie słowny. Nie będę się tu tłumaczył. Po porostu:

PRZEPRASZAM.

Jeszcze jedna sprawa, zanim przejdę do opisywania swoich metod wychowawczych dwóch nastolatek, córek mojej obecnej żony. W pierwszej części tego blogu zwracałem uwagę na aspekt dawnego życia wspomnianych nastolatek. Obie były celem znęcania się psychicznego ze strony swego ojca. Ten człowiek wykazał się wyjątkową perfidią w tym zakresie. Czytelników chcących poznać tę dramatyczną historię, zapraszam na blog:

Wzorowy ojciec wynajął agresywną osobę do znęcania się nad jego dziećmi.

http://prawdziwedramaty.blox.pl/html

Blog można odnaleźć wchodząc po kolei na stronę główną Blox.pl, potem wyszukać katalog DZIECI i podkatalog O DZIECIACH, a następnie odszukać wskazany tytuł.

 

Kłopoty z nastolatką – powinny być czy nie.

Poprzednim razem napisałem, że starsza z wychowywanych przeze mnie dziewczynek zaczyna sprawiać kłopoty wychowawcze, co miało wiązać się z wejściem w tzw. „wiek buntu”. Rzeczywiście tak było i spodziewałem się, że w najbliższym czasie sytuacja się nie poprawi, a jednak. W ostatnich kilku tygodniach nasze stosunki znacząco się poprawiły, co niejako było dla mnie zaskoczeniem.

Na podstawie zaobserwowanych wcześniej podobnych sytuacji, które się zdarzały w innych rodzinach nie zauważyłem aż tak dużego skoku wahań nastroju u nastolatki. Nie, żebym był jakimś psychologiem i miał takie kontakty, ale w swoim życiu widziałem poznałem wiele podobnych przypadków. We własnej rodzinie, wśród znajomych, sąsiadów i całkiem obcych ludzi. I oczywiście wahań takich stosunków rodzić (opiekun) – nastolatka było dość sporo, ale prawie nigdy nie spotkałem, się z przypadkiem, kiedy zbuntowana nastolatka całkowicie przestala się sprzeciwiać i do tego prawie całkowicie zaczęła popierać osobę, z którą była skonfliktowana. A tak właśnie jest obecnie z moją starszą pasierbicą. Być może nie mam takiego doświadczenia jak mi się wydaje, a może rzeczywiście nie wszystko rozumiem.

Jednak pośrednio w moim przypadku widać przyczynę takiego obrotu sprawy. Być może, ktoś powie, że jestem stronniczy, ale ja jestem innego zdania. Winny jest znów biologiczny ojciec dziewczyny.

Przez wiele lat walczyłem o naprawienie stosunków pomiędzy nim, a jego córkami, pomimo iż wiedziałem, że jest niebezpieczny. W efekcie moich działań ich spotkania wyglądały w pewnym momencie na bardzo dobre. Przynajmniej obie dziewczynki wracały względnie zadowolone z takich spotkań i czekały z utęsknieniem na następne. Co prawda sam widziałem, że ich ojciec nie jest za bardzo szczery w stosunku do nich, ale one tego nie dostrzegały.

Przy czym od razu informuje, że głównie starsza tęskniła, a młodsza podchodziła bardziej obojętnie do tych spotkań. Jednak, od kilku tygodni można było zauważyć, że i starsza zobojętniała. Mniej więcej w tym samym czasie wyraźnie poprawiły się stosunki pomiędzy mną, a starszą pasierbicą. Początkowo nie skojarzyłem tego z ich ojcem, aż do momentu, kiedy sama parę dni temu zaczęła się przyznawać mamie, że tata po prostu jej dokuczał na tych spotkaniach, a dokładniej robił przytyki do jej stosunku do mnie.

Okazało się, że wcześniej, w czasie spotkań ze swoimi dziećmi, od czasu do czasu używał jakiś obraźliwych słów pod moim adresem, a gdy one okazywały niezadowolenie z takiej formy wypowiedzi, to ostentacyjnie okazywał swoją dezaprobatę dla nich. Nigdy nie powiedziały, że pod ich adresem używał niewybrednych określeń, ale z kontekstu wypowiedzi wynikało, że zmuszał je do złego wyrażania się o mnie. Początkowo, obie jego córki chcąc zachować dobre stosunki ze swym ojcem, słuchały się go i wtedy narastał konflikt ze mną. Jednak z czasem zaczęły zdawać sobie sprawę z faktu, że to niczego nie zmieni. Po prostu starsza powoli zaczęła tracić nadzieje, że jej ojciec się zmieni.

Ojciec biologiczny obu dziewczynek po raz kolejny znalazł sposób, aby je angażować w konflikt dorosłych pomimo kontroli kuratora. Najgorsze jest to, że kurator nie przyjmuje tych informacji do wiadomości.

Jaki z tego będzie efekt? Prawdopodobnie w najbliższym czasie moje stosunki z obiema dziewczynkami, będą bardzo dobre, a potem znów ulegną pogorszeniu, bo takie jest prawo natury. Oczywiście w tym blogu nie zamierzam kontynuować wątku ich ojca. O nim można sobie poczytać pod wspomnianym wyżej adresie. Natomiast, ja tutaj chciałbym zwrócić uwagę na podstawowy morał wynikający z tej opowieści.

Nie postrzegajmy swoich dzieci bez względu na ich wiek, jako bezmyślne istoty, które zawsze będą nas słuchać i kochać. One są bardzo inteligentne i rozumieją więcej niż byśmy chcieli. My możemy jedynie wpływać na ich własny los pod warunkiem, że potraktujemy je, jako równych sobie partnerów.

 

 

Niemowlak
Kiedy zaczyna sie proces wychowywania dzieci? Gdy zaczynają rozumiec co się do nich mówi, czy może kiedy same już dobrze mówią, a może gdy pójdą do przedszkola, a może jeszcze w brzuchu mamy? Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod pojęciem wychowania.
piątek, 04 września 2009
Nowy Obywatel a starsze rodzeństwo

Wszystko o wychowywaniu dzieci.

 Uśmiechnięte dzieciaki

Witam wszystkich czytelników tego bloga. Na początku podam kilka słów o sobie.

Jestem trzydziestokilkuletnim mężczyzną wychowującym wspólnie ze swoją partnerką trójkę dzieci. Dwuletniego chłopczyka, mojego synka i dwie nastoletnie dziewczyny, córki mojej partnerki z jej poprzedniego małżeństwa. Dziewczyny mają 13 i 11 lat. Chłopczyk jest moim pierwszym dzieckiem. Ale od razu przyznaje, że w przeszłości już współuczestniczyłem w wychowaniu kilkorga dzieci. Oczywiście w mniejszym lub większym stopniu. Dokładnie chodzi o siedmioro dzieci mojego starszego rodzeństwa i pisząc, że je współwychowywałem, naprawdę nie przesadzam. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, informuje, że mój starszy brat i dwie siostry zostali rodzicami dość wcześnie, a ponieważ ja mocno odstawałem pod względem wieku od nich (byłem o 10 lat młodszy od najmłodszego z tej trójki), to w praktyce zajmowałem się wychowywaniem ich dzieci, a oni starali się jeszcze skorzystać z życia ile tylko mogli. W tym czasie wiele się nauczyłem, zarówno z własnych doświadczeń i obserwacji, a po latach zacząłem wyciągać z tego odpowiednie wnioski, które teraz staram się przenieś na dzieci, które sam obecnie wychowuje.

Dlatego w tym blogu chciałbym przedstawić czytelnikom swoje metody wychowawcze i jednocześnie zobaczyć państwa opinie, zarówno te życzliwe, jak i te mniej życzliwe. Mam również nadzieje, że wzajemnie sobie pomożemy wymieniając się poradami. No i można sobie odpowiedzieć na pytanie czy mężczyzna może być dobrym rodzicem, pełniącym zarówno funkcje ojca jak i matki. Jest to ważne dziś pytanie, ponieważ obecnie wiele rodzin jest zmuszonych wymieniać się tymi funkcjami.

Ponieważ, tak naprawdę jest to temat „rzeka”, dlatego też będzie on podzielony na kilka części. Niestety od razu przyznaję się, że dopiero uczę się pisać blogi toteż początkowo może być tu mały bałagan, ale myślę, że szybko to się zmieni. A zatem zapraszam.

 

Nowy obywatel.

Jak już wspomniałem, dwie córki mojej partnerki nie są moimi dziećmi, zatem niewolno mi zbyt silnie ingerować w ich wychowanie z kilku powodów. Po pierwsze w momencie poznania ich matki miały już 11 i 9 lat i chociaż bardzo szybko mnie zaakceptowały musiałem zdawać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę jestem dla nich obcą osobą. Na pierwszym miejscu zawsze będą stawiali swoich naturalnych rodziców, potem dalszą rodzinę, a na końcu dopiero mnie. Dlatego też nigdy nie stosowałem agresji w stosunku do nich. To znaczy, żeby mnie dobrze zrozumieć, nigdy nie żądałem od nich określonego sposobu zachowania się w danej sytuacji, a jedynie starałem się pokazać jak należałoby postąpić. W tamtym okresie było to konieczne, gdyż dziewczynki rzeczywiście były celem ataku obcej osoby, ale to już inna kwestia.

Po drugie, obie dziewczyny niedługo wejdą w okres buntu i na pewno skupi się on na mnie i tak rzeczywiście się już stało w przypadku starszej z nich. Średnio taki okres zaczyna się dla dziewczynek w wieku 12-13 lat, a dla chłopców nieco później. Dlatego, też już zawczasu uczuliłem swoją partnerkę, żeby nie zawsze stawała po mojej stronie w różnych spornych kwestiach, aby starła się nie krzyczeć na nie, gdy zrobią coś złego, a po prostu próbowała wytłumaczyć jak powinny się zachowywać. Chodziło mi o to, aby utrzymywała z nimi kontakt, tak długo jak to tylko możliwe. Dzieci w tym wieku popełniają ogromną ilość błędów, a do tego są przekonane, że mają stuprocentową rację, a ich „starzy się nie znają, bo kiedyś było inaczej”. Sam też przechodziłem ten etap.

Mój sposób postępowania w tym wypadku sprawdza się połowicznie. Starsza próbuje się buntować i swoje główne ataki kieruje na mnie, ale najgorsze dla niej jest to, że nie może znaleźć powodu do sprzeciwiania się mi. Ponieważ staram się postępować dość ostrożnie i podnoszę głos jedynie w ostateczności, nie zmuszam jej do niczego, nie angażuje w problemy rodzinne, często pozwalam jej porządzić w domu, co bardzo skutecznie ją ucisza. Nie, dlatego że czuje się najważniejsza, ale dlatego, że wtedy wszyscy pozostali domownicy buntują się p-ko niej, co uzmysławia jej popełniane przez nią błędy. Oczywiście, na pewno wtedy w duchu obwinia mnie za własne niepowodzenia, ale nie potrafi tego przenieś na słowa. Jednak bardzo często odnosi się do mnie agresywnie i to bez powodu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale tak naprawdę powód jest i obowiązkiem dorosłego jest zauważenie tej prawdziwej przyczyny agresji. Dziewczyna w tym wieku, podświadomie zdaje sobie sprawę, że jej więzy uczuciowe z własną mamą osłabną i zostaną przeniesione na jakiegoś przyjaciela, ale nie zdaje sobie sprawy, że jest to proces naturalny. Zatem jest przekonana, że to partner jej rodzica próbuje jej go zabrać. Nie podoba się jej jak przytulam się do jej mamy, jak z nią śpię i jak z nią rozmawiam i to na tym tle powstaje najwięcej konfliktów. Oczywiście ten temat rozwinę nieco później.

Nie można też powiedzieć, że całkowicie się odcinam od wychowania tych dziewczyn, wręcz przeciwnie, ale robie to w miarę inteligentnie. Częściej przekazuje swojej żonie jak ma postępować i czego wymagać od własnych dzieci, a ja robię to tylko wtedy, gdy z jakiś przyczyn nie może zrobić tego moja partnerka. Teraz jednak chciałbym poruszyć temat reakcji dziewczynek na wieść, że ich mama będzie w ciąży.

Kiedy się dowiedzieliśmy, że będziemy mieli wspólne dziecko, powstał problem jak przekazać tę informację dwóm starszym córkom mojej żony. Tu na wstępie wyjaśniam, że tak naprawdę nie jesteśmy małżeństwem. Żyjemy w tzw wolnym związku, ale by ułatwić sobie komunikacje ze społeczeństwem mówimy o sobie mąż i żona i ta terminologia weszła już na stałe w nasze życie.

Problem pierwszy: Poprzednie małżeństwo mojej żony prawnie rozpadło się zaledwie rok wcześniej. Zatem założyłem, że obie dziewczynki psychicznie jeszcze się nie pogodziły z rozpadem ich rodziny, chociaż opinia biegłego psychologa mówiła, co innego. Ale opinia psychologa wydana po zaledwie godzinnej rozmowie z dziećmi nie może odzwierciedlać prawdy. I rzeczywiście, w trakcie naszego wspólnego pożycia zauważyłem kilkakrotnie jak dziewczyny najczęściej w szkole przedstawiały swoją rodzinę tak jakby było wszystko w porządku. Na rysunkach i w rozmowach przedstawiają siebie w towarzystwie ich mamy i ich ojca. A pamiętam jak poznałem je, to na hasło ojciec chowały się za meble. Jak zadzwonił dzwonek do domu to pierwsze leciały do łazienki i się tam zamykały dopóki nie otrzymały potwierdzenia, że to nie przyszedł ich tata. Ale gdy sytuacja się uspokoiła to tatuś szybko wrócił w ich łaski. No, ale z tego zdawałem sobie sprawę i to musiałem uszanować.

Problem drugi: nowe dziecko mamy, może wywołać u starszego rodzeństwa obawy, że jej miłość zostanie przelana na nowego potomka, a one same zostaną odsunięte.

Zatem mamy tu dwa najważniejsze problemy, z jakimi się spotkałem. Jak je rozwiązaliśmy? Po pierwsze i najważniejsze samo zakomunikowanie dziewczynom o ciąży pozostawiłem ich mamie. No i oczywiście dziewczyny wpadły w szał i cały dzień ryczały. Były jeszcze złe przez kolejny dzień, później powoli ich złość słabła, aż w końcu ustała całkowicie. W tym czasie dużą rolę odegrały rozmowy ich z mamą, która zapewniała o swojej miłości. Ja też musiałem wiele uczynić. Przede wszystkim cały czas pokazywałem, że traktuje je tak samo jak na początku i nikogo niefaworyzuje. Tak samo postępowałem już po porodzie i do dnia dzisiejszego, całą trójkę traktuje równo i nie pokazuje, że mój synek jest ważniejszy. Wszystkich obdarowuje swoim uczuciem stosownie do posiadanego wieku i potrzeb. Efekt: Kiedy kilka dni temu moja, żona poinformowała swoje córki, że kolejny raz jest w ciąży, to dziewczyny płakały tylko kilka minut. Tym samym został rozwiązany drugi problem. Natomiast z pierwszym problemem wspomógł nasz ich biologiczny ojciec. Nie żeby zaczął tłumaczyć córkom i je uspokajać. Nic z tych rzeczy. W początkach naszej znajomości zmusiliśmy go do uspokojenia się, a przede wszystkim nieangażowania własnych dzieci w konflikt dorosłych. Jednak mimo nadzoru kuratora i tak sporadycznie swoim zachowaniem nadszarpnie stosunki z córkami. Dziewczynki niestety to widzą i chociaż obecnie nie boją się już własnego ojca, to jednak jego wybryki skutecznie oddalają go od niego. Nie liczę na to, że zapomną o ojcu, ale na pewno w najbliższym czasie ich stosunki nie ulegną znacznej poprawie. I to właśnie takie działania ojca powodują, że obie dziewczynki w coraz większym stopniu zdają sobie sprawę, że ich dawna rodzina rozpadła się na dobre, a nowa scala się coraz bardziej.

Jeśli ktoś chce skomentować ten tekst, to bardzo zapraszam. Myślę, że następny napiszę i opublikuję za tydzień. Jeśli chcieliby państwo abym pisał o konkretnych problemach wychowawczych, to proszę składać takowe sugestie.

Pozdrawiam.

11:12, piefkej
Link Dodaj komentarz »